O autorze
Jestem architektem wierzącym, ale nie praktykującym. Zamiast projektować, zająłem się badaniem i zaciekawianiem architekturą - pisać, wykldać, robić wystawy. Pisać zacząłem w 2001 roku w miesięczniku Architektura-Murator, od 2011 prowadz z przyjaciółmi fundację Centrum Architektury. Po drodze w 2008 roku współtworzyłem wystawę "Hotel Polonia", nagrodzoną Złotym Lwem na Biennale Architektury w Wenecji.
Architektura to jedyna ze sztuk, ktora dotyczy nas wszystkich. Budynku nie można schować za szafę jak nieudanego obrazu albo wyłączyć jak natrętnego radia. Nawet jesli nie zajmujesz sie architektura, to architektura zajmuje sie Tobą! Wierzę, że tym bardziej trzeba o niej pisać, czytać i rozmawiać.

Pomiędzy Przełomami

Historia powojennej Polski pokazywana jest najczęściej jako seria rozbłysków. Między 1956 a 1968 rokiem, między 1968 a 1970, między 1970 a 1976 panuje mrok. Czas wydają się odmierzać kolejne zrywy oraz abdykacje i intronizacje pierwszych sekretarzy. Ładnie wyłoży nam to powstające właśnie Centrum Dialogu Przełomy w Szczecinie. Ciemne lata pomiędzy Przełomami objaśni natomiast IPN (codzienność jako pasmo inwigilacji) oraz telewizja, powtarzając w święta „Misia” (codzienność jako pasmo bareizmów).

Ale jest też inna wersja historii PRL, zaskakująco zbieżna z historiami innych państw po obu stronach żelaznej kurtyny. Utkana z milionów prywatnych historii, z dziejów architektury, wzornictwa i ubioru, czasu wolnego i obyczajów. To opowieść o wielkich migracjach, o bezprecedensowej urbanizacji i modernizacji. To wątki doszczętnie zmitologizowane przez sam PRL – może dlatego dziś wyparte tak skutecznie. Materiałów do tej opowieści musimy szukać w najmniej spodziewanych miejscach, na przykład między wierszami autobiografii Danuty Wałęsowej. Ponoć dopiero jej udało się pokazać Historię najnowszą z kobiecej perspektywy, bez męskości i męstwa. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na co innego. Do tej pory mieliśmy do dyspozycji wspomnienia i dzienniki artystów, intelektualistów i polityków. Wałęsowa jako pierwsza chyba, a na pewno pierwsza w tak gigantycznym nakładzie, opowiada PRL nie z perspektywy świadomych politycznie elit, ale kręcącego się po kraju, zaaferowanego codziennością planktonu, którym nie interesują się zwykle wydawcy.



Spójrzmy na domowe zdjęcia Wałęsowej.

Zdjęcie nr 1 musimy sobie wyobrazić, bo nikt nie robił temu wszystkiemu zdjęć. Pierwsze fotografie są z lat siedemdziesiątych, a tymczasem mamy rok 1968. Jeśli wschodnia część Mazowsza leży w Polsce B, to tu jest specjalna enklawa – Polska Ź. Nawet nie wioska, tylko kolonia trochę w bok od właściwej wioski, w której to kolonii wegetują gospodarze uprawiający ziemię klasy V lub VI. Z mediów dociera tam tylko radio po drucie, ale poza tym świat jest tylko ten, który widać i słychać dokoła. Jego granice wyznaczają szkoła, kościół i remiza, a w środku jest dom. Drewniany, kryty słomą, bez prądu, z drewnianym wychodkiem, wodą ze studni. Pod lampą naftową gra się w warcaby albo w karty, a gdy lampa zgaśnie – śpi się parami, raz z siostrą, raz z bratem. Jesteśmy kalendarzowo w wieku XX, ale gdyby nie to radio, to jakby w XIX. Aż dziw, że szkoła polska, a nie rosyjska. Polityka? Jaka polityka?

Zdjęcie nr 2 istnieje. Połowa lat 70. Plaża w Gdańsku-Stogach. Ta plaża! Ta, której sława uzasadnia hipotezę, że słowo „wydma” pochodzi od czasownika „wydymać”. Na zdjęciu nie widać na szczęście żadnych świństw. Jest zwykła rodzina: kobieta w dwuczęściowym kostiumie, mężczyzna w kąpielówkach, do ich niewysportowanych ciał przytulają się trzy mniejsze ciała. Tu jest już wiek XX: rozbieramy się, pływamy i opalamy. Pod wieczór zejdziemy z kadru i wrócimy do domu. Dzieci do wanny, potem kolacja, dobranocka i do łóżek. Ciasno! Ale każde z dzieci śpi oddzielnie.

Ile było takich scenariuszy? Ile osób w powojennej Polsce w ciągu kilku lat przeskoczyło z wieku XIX do drugiej połowy wieku XX? Ile milionów? Danuta i Lech Wałęsowie, zanim z hukiem wdarła się w ich życie Historia ze swoimi Przełomami, byli jednymi z niezliczonych beneficjentów PRL-owskiej modernizacji – przedstawicielami nowego quasi-mieszczaństwa. Wyrwani z korzeniami z rodzinnych wsi, wtłoczeni w miniaturowe mieszkania, żyjący o jednej robotniczej pensji, tkwili na samym dole tej warstwy społecznej – tam gdzie nie docierały wczasy i samochody małolitrażowe. I bardzo łatwo obśmiewać ten ich awans: klitki wyposażone w zestandaryzowane meble, wiejskie obyczaje i akcenty panoszące się w dziadowsko poskładanych modernistycznych dekoracjach. Łatwo w tych mieszkaniach zobaczyć parodię konsumpcyjnego społeczeństwa, a na zdjęciu z plaży, w dwojgu roznegliżowanych, młodych, a już mało atrakcyjnych ludzi, oblepionych trójką dzieci – namiastkę rewolucji seksualnej na miarę ultrakatolickiego kraju.

Ale wtedy warto się cofnąć do zdjęcia nr 1 – tego, którego nikt nie zrobił (bo i po co). Wtedy widać jak na dłoni, że dla milionów takich jak Wałęsowie pogardzany dziś blok mieszkalny był jak rakieta, która wysyłała setki swoich pasażerów w przyszłość. Każda przemalowana dziś na seledynowo tysiąclatka, każde prowincjonalny ośrodek zdrowia czy betonowe sanatorium to istne fabryki modernizacji i awansu społecznego. Polska Ludowa i ludowa Polska to czasem dwa zupełnie inne kraje. Ten drugi jeszcze czeka na opisanie.
Trwa ładowanie komentarzy...