Pomiędzy Przełomami

Historia powojennej Polski pokazywana jest najczęściej jako seria rozbłysków. Między 1956 a 1968 rokiem, między 1968 a 1970, między 1970 a 1976 panuje mrok. Czas wydają się odmierzać kolejne zrywy oraz abdykacje i intronizacje pierwszych sekretarzy. Ładnie wyłoży nam to powstające właśnie Centrum Dialogu Przełomy w Szczecinie. Ciemne lata pomiędzy Przełomami objaśni natomiast IPN (codzienność jako pasmo inwigilacji) oraz telewizja, powtarzając w święta „Misia” (codzienność jako pasmo bareizmów).

Ale jest też inna wersja historii PRL, zaskakująco zbieżna z historiami innych państw po obu stronach żelaznej kurtyny. Utkana z milionów prywatnych historii, z dziejów architektury, wzornictwa i ubioru, czasu wolnego i obyczajów. To opowieść o wielkich migracjach, o bezprecedensowej urbanizacji i modernizacji. To wątki doszczętnie zmitologizowane przez sam PRL – może dlatego dziś wyparte tak skutecznie. Materiałów do tej opowieści musimy szukać w najmniej spodziewanych miejscach, na przykład między wierszami autobiografii Danuty Wałęsowej. Ponoć dopiero jej udało się pokazać Historię najnowszą z kobiecej perspektywy, bez męskości i męstwa. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na co innego. Do tej pory mieliśmy do dyspozycji wspomnienia i dzienniki artystów, intelektualistów i polityków. Wałęsowa jako pierwsza chyba, a na pewno pierwsza w tak gigantycznym nakładzie, opowiada PRL nie z perspektywy świadomych politycznie elit, ale kręcącego się po kraju, zaaferowanego codziennością planktonu, którym nie interesują się zwykle wydawcy.



Spójrzmy na domowe zdjęcia Wałęsowej.

Zdjęcie nr 1 musimy sobie wyobrazić, bo nikt nie robił temu wszystkiemu zdjęć. Pierwsze fotografie są z lat siedemdziesiątych, a tymczasem mamy rok 1968. Jeśli wschodnia część Mazowsza leży w Polsce B, to tu jest specjalna enklawa – Polska Ź. Nawet nie wioska, tylko kolonia trochę w bok od właściwej wioski, w której to kolonii wegetują gospodarze uprawiający ziemię klasy V lub VI. Z mediów dociera tam tylko radio po drucie, ale poza tym świat jest tylko ten, który widać i słychać dokoła. Jego granice wyznaczają szkoła, kościół i remiza, a w środku jest dom. Drewniany, kryty słomą, bez prądu, z drewnianym wychodkiem, wodą ze studni. Pod lampą naftową gra się w warcaby albo w karty, a gdy lampa zgaśnie – śpi się parami, raz z siostrą, raz z bratem. Jesteśmy kalendarzowo w wieku XX, ale gdyby nie to radio, to jakby w XIX. Aż dziw, że szkoła polska, a nie rosyjska. Polityka? Jaka polityka?

Zdjęcie nr 2 istnieje. Połowa lat 70. Plaża w Gdańsku-Stogach. Ta plaża! Ta, której sława uzasadnia hipotezę, że słowo „wydma” pochodzi od czasownika „wydymać”. Na zdjęciu nie widać na szczęście żadnych świństw. Jest zwykła rodzina: kobieta w dwuczęściowym kostiumie, mężczyzna w kąpielówkach, do ich niewysportowanych ciał przytulają się trzy mniejsze ciała. Tu jest już wiek XX: rozbieramy się, pływamy i opalamy. Pod wieczór zejdziemy z kadru i wrócimy do domu. Dzieci do wanny, potem kolacja, dobranocka i do łóżek. Ciasno! Ale każde z dzieci śpi oddzielnie.

Ile było takich scenariuszy? Ile osób w powojennej Polsce w ciągu kilku lat przeskoczyło z wieku XIX do drugiej połowy wieku XX? Ile milionów? Danuta i Lech Wałęsowie, zanim z hukiem wdarła się w ich życie Historia ze swoimi Przełomami, byli jednymi z niezliczonych beneficjentów PRL-owskiej modernizacji – przedstawicielami nowego quasi-mieszczaństwa. Wyrwani z korzeniami z rodzinnych wsi, wtłoczeni w miniaturowe mieszkania, żyjący o jednej robotniczej pensji, tkwili na samym dole tej warstwy społecznej – tam gdzie nie docierały wczasy i samochody małolitrażowe. I bardzo łatwo obśmiewać ten ich awans: klitki wyposażone w zestandaryzowane meble, wiejskie obyczaje i akcenty panoszące się w dziadowsko poskładanych modernistycznych dekoracjach. Łatwo w tych mieszkaniach zobaczyć parodię konsumpcyjnego społeczeństwa, a na zdjęciu z plaży, w dwojgu roznegliżowanych, młodych, a już mało atrakcyjnych ludzi, oblepionych trójką dzieci – namiastkę rewolucji seksualnej na miarę ultrakatolickiego kraju.

Ale wtedy warto się cofnąć do zdjęcia nr 1 – tego, którego nikt nie zrobił (bo i po co). Wtedy widać jak na dłoni, że dla milionów takich jak Wałęsowie pogardzany dziś blok mieszkalny był jak rakieta, która wysyłała setki swoich pasażerów w przyszłość. Każda przemalowana dziś na seledynowo tysiąclatka, każde prowincjonalny ośrodek zdrowia czy betonowe sanatorium to istne fabryki modernizacji i awansu społecznego. Polska Ludowa i ludowa Polska to czasem dwa zupełnie inne kraje. Ten drugi jeszcze czeka na opisanie.
Trwa ładowanie komentarzy...